RSS
piątek, 07 grudnia 2007
Rosyjskie ska

Od dłuższego czasu zabieram się do wpisu o współczesnej muzyce rosyjskiej i zawsze coś jest ważniejszego do zrobienia. Dzisiaj jednak nie wytrzymałem. Na youtube znalazłem klimatyczny klip wykonany na koncercie St. Petersburg Ska Jazz Review w Kłubie na Briestskoj, na którym się świetnie bawiłem i pisałem o tu . Gdzieś tam sobie tańczę ;-):

 

 

Inny ich koncert:

 

A tutaj instrumentalnie:

 

 

środa, 14 listopada 2007
Tarkowskij

Na Festiwalu Filmów Rosyjskich obejrzałem trzy filmy Tarkowskiego.

Pierwszy to Solaris, o którym słuszałem już dawno, w Rosji pozytywnie zrecenzował mi go Jewgienij. Po powrocie w polskiej telewizji widziałem tylko pierwszą część i zrobiła na mnie wrażenie. Film mi się podobał. Główna uwaga negatywna to dłużyzny, które w żadnym współczesnym filmie by nie przeszły. I można się spierać czy kilku minutowe pokazywanie Tokio ze wczesnych lat 70-tych ma jakiś sens. Dzisiaj żaden reżyser nie pozwoliłby sobie na taki zabieg. Ludzka uwaga jest dzisiaj droższa. Druga część moim zdaniem gorsza, spłycająca lemowskim wyjaśnieniem niemożliwości wyjaśnienia przez naukę takich pojęć jak miłość, emocje itp. W pierwszej jednak była jakaś tajemnica.

 

Drugi film na który się wybrałem to szwedzki produkt Tarkowskiego pt. Ofiarowanie. Dla mnie totalna porażka. Niedość, że dłużyzny, to jeszcze trzeba się wczuwać w nierzeczywiste emocje bohaterów w scenografii, która już w latach 70-tych musiała trącić myszką. Fabuła tego filmu to też klęska. Szwecja w wojnie atomowej. Cóż za abstrakt! Kraj neutrealny pewnie od 300 lat! Gra aktorska to sztuczne emocje, chodzenie po pokojach, nierzeczywiste dalogi, nogi jednej z bohaterek, lekarz w odwiedzinach u znajomego zawsze gotowy na zaaplikownie morfiny kilku osobom, listonosz darujący stare mapy w prezencie i kilka innych bzdur. Nie wytrzymałem do końca.

Trzeci to Nostalgia. Podobał mi się chociaż spóźniony musiałem siedzieć na schodach :( Wyższość rosyjskiej duszy nad zepsutym, przyziemnym, materialistycznym, racjonalnie spłaszczonym Zachodem. Co prawda rosyjskiej duszy tam nie zobaczyłem ;)

Oto i wypowiedź Tarkowskiego o filmie:

piątek, 09 listopada 2007
Pierwszy Festiwal Filmów Rosyjskich

W Warszawie dzisiaj zaczyna się 1 Festiwal Filmów Rosyjskich.

www.filmros.pl

 

 

 

środa, 24 października 2007
Poljot i rosyjskie wesele

Ostatecznie zegarek Poljot odmówił współpracy, ale okazało się, że polski dystrybutor Poljotów uznaje oryginalne rosyjskie gwarancje i już jest naprawiony. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić:

www.poljot.com.pl

 

Wczoraj dostałem mailem poniższy filmik. Dawno się tak nie uśmiałem i dawno nie widziałem takiej reklamy ;-) A że dotyczy Rosji to sobie pozwoliłem opublikować:

 

wtorek, 28 sierpnia 2007
Kijów
Po dłuższej przerwie, zgodnie z obietnicami trochę o Kijowie.

W międzyczasie miałem okazję podyskutować z Panem Kacapem z Moskwy (http://kacap.blox.pl ) na temat Kijów a Moskwa :-) zarówno na jego blogu jak i na http://pravda.blox.pl .

Po wyjątkowo wyczerpującej podróży dotarliśmy (3 Anglików i ja) do Kijowa. Anglicy jechali po przedłużenie wiz rosyjskich, a ja tak dla towarzystwa po drodze do Warszawy. Byłem w Kijowie w 2005 i ładny dworzec w stylu socrealu już nie zrobił na mnie wrażenia. Wymieniliśmy pieniądze od kobiety na dworcu. Na Ukrainie kurs hrywny podaje się za 10 rubli, ale rzadko jest to wyraźnie zaznaczone więc myśleliśmy, że zostaliśmy oszukani. Resztę pieniędzy wymieniliśmy w kantorze przed dworcem.

Szef Dana wcześniej wynajął apatamenty w centrum Kijowa, ale jeszcze było za wcześnie więc za radą znającego Kijów Glena udaliśmy się do restauracji Szato przy Hreszczatiku. To knajpa nastawiona na dewizowych turystów dlatego drogo, miło, ale nie w moim stylu. Śniadanie ok jakiś standart jajecznica, jaja, kiełbaski (część menu niemiecko-austryjackie) do tego kawa. Połowa zespołu nie bacząc na poranną godzinę zaczęła się raczyć piwkiem warzonym w Szato. Dan pytał swojego szefa, czy pozwoliłby mu spotykać się z jego córką przy okazji zauważając że jej mama, czyli żona szefa, też jest OK :-) Rozmowy potoczyły się w kierunku kto jest bardziej sexy Segolene Royale czy Condoleeza Rice bez wyraźnego roztrzygnięcia, chociaż Segolene dostawała cieplejsze komentarze. W trakcie naszej zażartej dyskusji do stolika obok dosiadły się 2 młode panie. Nic nie zamówiwszy, łypały nan nasz stolik i coś sobie szeptały. Potem z braku inicjatywy z naszej strony jedna z nich dosiadła się do samotnego anglojęzycznego turysty, który mógłby być jej tatą. Bardzo to nas rozbawiło :-) Następnie zaczęliśmy wyliczać po 5 sławnych ludzi z różnych narodów. Sławny to taki/taka, o którym słyszała matka szefa Danskiego. Z Polaków bez wątpliwości przyjęli Jana Pawła 2, Kopernika, Wałęsę. Przy Chopinie poranni piwosze dłużej musieli pomyśleć, a wobec sprzeciwu przy Skłodowskiej-Curie użyłem na Brytyjczach polonu jako argumentu - podziałało. Ok 12 udaliśmy się w poszukiwaniu wynajętych apartamentów. Humor mi trochę siadł bowiem w odróżnieniu od Anglików wyposażonych w małe torby, taszczyłem bagaż po całorocznym pobycie.

Wszyscy z nas oczekiwali, że Kijów to będzie "coś jakby Moskwa tylko mniejsze". I tu się miło myliliśmy. Centrum Kijowa jest w porównaniu z centrum Moskwy bardzo czyste. Nie widzieliśmy porzuconych butelek na każdym kroku tak, jak ma to miejsce w Moskwie. Wieczorem trafiliśmy na jakieś wyjście z metra przy przystankach autobusowych obstawione butelkami i żartowaliśmy, że o tutaj to czujemy się jak w Moskwie :-) Hreszczatik to klasa sama w sobie. Kijowianie nie piją piwa na ulicy w takich ilościach jak Moskwicze. Osobiście widziałem 1 może 2 facetów z butelką w ręku na ulicy. W przejściach podziemnych jest zakaz picia alkoholu i zakaz palenia i rzeczywiście jest egzekwowany. Wieczorem Danski zauważył że zdecydowanie mniej jest ład i żyguli na ulicach w centrum Kijowa. Bardzo mu się spodobało, bo jak stwierdził Kijów ma pozytywy Moskwy bez negatywów Warszawy i namawiał mnie na robotę na Ukrainie :-) Polki dla niego są "frompy" - bardzo brzydkie określenie - ale tylko dlatego, że tak masowo nie kokietują jak np. Rosjanki. Makijaż na każdą okazję poza tym trzeba szybko znaleźć męża, bo średnia życia Rosjanina to 57 lat . A mąż z paszportem UK to po prostu skarb. Metra warszawskiego się bał, bo "za czyste" :-) A Kijów europejski i do tego te Ukrainki, które jednak kuszą bardziej :-) Anglicy opowiadają sobie o nawet przeciętnych klubach techno w Kijowie gdzie wkoło tańczą blond modelki. :)

Oglne wrażenie: to po prostu europejska stolica!

Na obiad za sprawą Glena i moją uderzyliśmy do Puzatej Chaty z kuchnią ukraińską . To rodzaj bistro ukraińskiego, podobne do moskiweskich Grabli i MuMu. Bardzo dobre, tanie i pracują do późna. Potem spacer po Hreszczatiku, Majdanie Nezależnosti, aż do pomnika braterstwa (? chyba)Rosjan i Ukraińców z widokiem na Dniepr i plaże w dole. Wieczorem znowu Szato. Jedyne co mieli ukraińskiego to delikatne sało jako zakąska potem nuda jakieś sznycle austryjackie no i wódeczka. Nikt nie zwrócił uwagi na rachunek, zapłacił szef Dana - biznesmen brytyjski robiący interesy w Rosji:-) Na następny dzień był bardzo nie w formie i nawet stojąc w kolejce do rosyjskiej ambasady nie czuł się najlepiej, chociaż to Dan wydawał się być najweselszy tego wieczora. Nocą spacerek po Hreszczatiku i następne spostrzeżenie pozytywne to to, że milicja ukraińska nie poluje na podpitych obcokrajowców w odróżnieniu od rosyjskiej. No i ten nowy nie-sowiecki mundur! Następnego dnia Anglicy do ambasady po wizy. Ponieważ z Danem postanowiliśmy zabawić trochę dłużej w Kijowie musiałem przedłużyć rezerwację apartamentu na następną noc. I tu problem, bo ktoś już go wziął. Gdyby nie firma wynajmująca mielibyśmy mnóstwo kłopotów. Za 80 dolarów wynajęli nam niezły apartament wart o 20 dolarów więcej, trochę dalej od Hreszczatika. To, że przeprowadzka moich bagaży i zdanie kluczy trwało dłużej niż do 12 nie było kłopotem. Młodzi ludzie szli nam na rękę na każdym kroku, poza tym świetny angielski. Polecam: Easton House www.eastonhouse.net .

Zgodnie z opisem doświadczonego Glena pochodziliśmy po Kijowie. Znowu pomnik braterstwa, w górę, przy stadionie Dynama Kijów przez most zakochanych z kłódkami. Potem metrem w okolice fenikjularu czyli kolejki chodzącej w górę i w dół.

fenikular

Ja robiłem za tłmacza z rosyjskiego, kiedy szukaliśmy drogi i Ukraińcy często rozpoznawali we mnie Polaka. Przy wyjściu z jednej z cerkwi zapytana o drogę młoda Ukrainka zaoferowała swoją pomoc jako przewodnik.

cerkiew

Okazało się, że pisała pracę z miejsc związanych z Bułhakowem w Kijowie. Danski postanowił od tego momentu odwiedzać cerkwie i kościoły w różnych krajach :-D Natasza pokazała nam Andriejewski Spusk, muzeum-dom Bułhakowa było już niestety zamknięte. To jeden z rosyjskich pisarzy, który wywarł na mnie duże wrażenie. Dla Nataszy to ukraiński pisarz :-) A Dan otoczony ludmi zafascynowanymi Mistrzem i Małgorzatą zaczął to czytać po angielsku i tydzień przed wyjazdem na Ukrainę zrobił szlak piwny po miejscach z tej książki :) Dzięki Nataszy zwiedzilimy też Ławrę Pieczerską i mauzoleum poległych w II Wojnie światowej (Park Pabiedy?).

Ławra

Pomnik

Zawczasu szef Danskiego i Glen zwinęli się na pociąg do Moskwy. Natasza wieczorem do domu. My z Danskim jeszcze poszwendaliśmy się po Kijowie nocą. Późna obiado-kolacja w Puzatej Chacie. Spotkaliśmy jakichś totalnie pijanych anglojęzycznych turystów szukających mocnych wrażeń. Ja rozpoznałem irlandzki akcent, ale podobno mieli w sobie coś brytyjskiego więc chyba Irlandia Płn. Wrażeń nie było, bo kluby puste - to był poniedziałek.

Następnego dnia ostatni spacer po Kijowie i groźby Dana, że będę żałował wyjazdu :) śniadanie w lepszej restauracji gruzińskiej. Wszystko ok, wstrój, jedzenie itp ale nie polecam, bo kelnerka doliczyła nam sos, a my myśleliśmy, że jest bezpłatnym dodatkiem. Potem biegiem na dworzec z bagażami. W metrze tłok i jakaś kobiecina tak mi oddała za moje wpychanie się, że aż wyskoczyłem z wagonu :) Na peronie babka mnie oszukała, jak kupowałem słodycze wiedząc, że za minutę odjeżdża mój pociąg.

Do Warszawy jechałem w wagonie ukraińskim ze starszą Ukrainką. Bardzo miło, kobiecina dzieliła się ze mną wszystkim co miała. Pracuje jako tłvmaczka dla Niemca produkującego meble na Ukrainie i w Polsce. Na granicy przemytnicy pakowali papierosy nawet wskakując na poddasze wagonu. Na granicy polscy celnicy rozbebeszali cały wagon :)

niedziela, 29 lipca 2007
Ostatnia noc w Moskwie

Już od 2 tygodni jestem w Polsce, ale jeszcze postfactum zamieszczę 2-3 wpisy.

Na kilka dni przed odjazdem spotkałem się w hinduskiej restauracji ze znajomym małżeństwem- on Rosjanin ona Brytyjka. Zawsze jak iskrzy na linii Londyn-Moskwa to mają domowe dyskusje. Nie chcę nawet myśleć, co się teraz u nich dzieje po powrocie z wakacji w Egipcie.
Później spotkałem się z Saszami w czeskiej restauracji.
W ostatnią noc mojego pobytu w Moskwie urządziłem imprezę pożegnalną dla ludzi z firmy. Zaprosiłem dość dużą grupę, jak na moje mieszkanie. Pewna część jednak nie dotarła zapowiadając to i tłumacząc się, że daleko od centrum (jedna z tych koleżanek, które nie dotarły, sama mi znalazła to mieszkanie :-). Nawet mi ulżyło bowiem nie spodziewałem się po tych ludziach dobrej zabawy. Dzięki temu impreza przebiegła spokojnie i kameralnie. Było 7 osób oprócz mnie, w większości panie. Od dziewczyn dostałem album "70 liet moskowskowo mietropolitiena" z wipsem "iz Moskwy s ljubowju" ..ach diewuszki! Z panów byli Szkot i Misza. Zieljonaja marka okazała się zbyt wytrawna i ze Szkotem i dziewczynami daliśmy radę tylko 0.5. drugie 0.5 pojechało ze mną później do Kijowa. Do tego winko argentyńskie i niby japońskie.  Wolno szło i goście na odchodne dostali wino. Szkot był chyba gotowy, bo mieszał piwo z winem i z wódką. Odprowadziłem towarzystwo do metra na ostatni pociąg. Sam chciałem się wyspać przed podróżą.

Od tygdonia byłem spakowany więc pozostały tylko jakieś drobne rzeczy. Następnego dnia ostatni spacer po Moskwie...sentymentalny, ale wyszło jakoś standartowo po centrum. Ostatnie spotkanie z hazjajkoj, żeby oddać klucze, rozliczyć się za telefon i energię i w drogę. Na Dworzec Kijowski przybyłem za wcześnie, ale bałem się, że będę miał problemy z wyjątkowo ciężkim bagażem po prawie rocznym pobycie. Współpasażerowie - Dan, jego szef i kolega z pracy Anglik, wszyscy jadący do Kijowa po nowe wizy, pojawili się w ostatnim momencie. Panowie byli już po nie jednym piwie. Ja wyciągnąłem pożegnalną Zielonuju marku 0.5 i to według relacji Dana i jego szefa, było dla nich ostatnie wspomnienie tego dnia :-)
w środku nocy na granicy ukraińsko rosyjskiej, pogranicznik rozczulił się widokiem Dana śpiącego na niepościelonym łóżku w kupe ze stolikiem zawalonym pustymi butelkami. Zawołał kobietę prowodnika żeby sobie popatrzyła i zapytał czy potrzebny będzie szpital :-) Nie był potrzebny.
-------------------------

Po powrocie z Moskwy, w zegarku marki Poljot, który sobie kupiłem w Rosji jako pamiątkę-prezent urodzinowy, stanął datownik na piątku 13!!!! Poza tym działa tylko datownik się nie zmienia, nie można go nawet przestawić ręcznie! Stoi jak wół "13"!!! wyjątkowo zły znak.
po dziesięciu dniach datownik ruszył i już działa - gniotsja nie łamniotsja!

A klimat w stosunkach międzynarodowych w kontekście z Rosją nie najlepszy.
Gdzieś na początku sierpnia zeszłego roku, jak tylko dotarłem "na stałe" do Moskwy, miałem luźną dyskuję polityczną z Saszą. W pewnym momencie spoważniał, jak to on umie i powiedział, że może dość do konfrontacji Rosja-Zachód w stylu wojny w Jugosławii. Nie wiem skąd on to wziął. Ja mu odpowiedziałem, że to niemożliwe, bo przecież Rosja wysyła amerykańskich biznesmenów w kosmos, a poza tym nikt sobie nie pozwoli na działania wojenne w Europie. 2-3 dni później w Kommiersancie przeczytałem, że USA negatywnie oceniło zaangażowanie Rosji w projekcie atomowym w Iranie i uzbrajanie Wenezueli. A dzisiaj już za daleko latają rosyjskie bombowce.


Teraz po obiedzie popijam zawsze balzam Burjatia, który dostałem w zeszłym roku. Polecam! Bardzo dobry likier. Oryginalny produkt wytwarzany jest w Riespublikie Buriatia w stolicy Ułan-ude i został poświęcony przez Jego świątobliwość Dalajlamę XIV.
Zarówno Brity, jak i Rosjanie 'odgrażali' mi się, że będzie mi brakować Moskwy.
Będe ciepło wspominać Saszę 1 i 2. Sierjożę, którego armia nauczyła tylko jednego..i już nie jest w jej szeregach. Sierjożę ze Szwajcarii, który w dyskusji z naszymi wspólnymi koleżankami Rosjankami wątpiącymi w zdrowie psychiczne i stan intelektualny prezydenta Gruzji, odparł, że w odróżnieniu od Putina Saakaszwili kończył bardzo dobry amerykański uniwersytet. S który nie zobaczy nigdy Polski bo nie dostanie nigdy paszportu. Odpalał "różne" rakiety i nie tylko na Bajkonurze. N która na uniwersytecie programowała rakiety chyba samonaprowadzalne, ale eto było mnogo liet tomu nazad i niepomnit :-)
Bardzo miłe wspomnienia mam z St.  Petersburga gdzie z Moniką byliśmy na Nowy Rok, dostaliśmy życzenia noworoczne po polsku, szef hotelu przyrównał obowiązek rejestracji do orwellowskiego roku 1984, a pani pogranicznik na Pułkowo, wyjaśniając mi, że po powrocie do Rosji będę zmuszony znowu się rejestrować, bo ona musi zatrzymać moją kartę imigracyjną,dodała "takie u nas głupie prawo".
 I wielu wielu innych z Moskwy, Niżnego, Pitera, Nowosiba..
No i oczywiście będę ciepło wspominał te wszystkie oferty matrymonialne, na które się nie pokusiłem :-D

 

środa, 11 lipca 2007
Kafie, riestorany i proczie...

Wydaje się, że w Moskwie  jest więcej ciekawych knajp i restauracji niż w Warszawie. Tutaj krzyżują się wpływy kulinarne całego post-sowieckiego świata. Do najtańszych, ale też trudnych do znalezienia w centrum należą stołowyje czyli stołówki (bary mleczne), pielmiennyje (pierożkarnie) i cieburecznie (też pierożkarnie, ale z innymi pierogami). Do moich ulubionych należy cieburecznia w Kitaj Gorodzie. Dla młodych Moskwiczy kłub cieburiek to określenie wieśniackiego miejsca, gdzie nie ma tusy czyli imprezy. Mi ten przybytek przypadł do gustu. Sprzedają tam cieburieki, czyli duże pierogi smażone na głębokim tłuszczu, nadziewane serem lub mięsem baranim, albo wołowym. Do tego można zamówić wódeczkę na gramy (hehe 1 gram= 1 mililitr, ale to ściema jakaś, bo alkohol jest lżejszy niż woda). Wszystko tanio, na stojąco, z papierowych tacek i plastykowych kieliszków. Drugim takim miejscem jest pielmiennaja przy stacji Majakowskaja, dokładniej przy końcu ul. Gaszeka. Dają pierogi z mięsem i do tego sos. Tam po raz pierwszy spróbowałem adżyki. To ostry, gorzkawy sos z papryki i pomidorów. O poziom wyżej są sieci bistro Mu-Mu i Grabli (czyli grabie). Drożej niż w w/w przybytkach, ale czyściej i zdecydowanie większy wybór. Tego w Warszawie nie ma w takiej ilości. Bierzesz co chcesz i widzisz co bierzesz! Tam po raz pierwszy spróbowałem sieljodku pod szuboj czyli śledzia pod korzuchem. Mają dobry kwas chlebowy! Poza tym w Moskwie jest mnóstwo restauracji i kafeszek. W tygodniu często sprzedają zestawy obiadowe zwane biznies lancz w cenie 200-300 rubli w różnych kombinacjach pierwsze - sałatka, drugie zupa, trzecie to polskie drugie :). Czasami to kicha, ale ostatnio na przykład w mojej okolicy zdecydowanie jakość i wybór się poprawił. Klasyka to Kłub na Briestskoj. W tle  bardzo ciekawa niepopularna muzyka, czym się rożnią od powszechnego i niestrawnego umpa-umpa do kotleta. Niestety często trzeba czekać długo na obsługę. Matrioszka ma świetny szwedzki stół ruskich zakąsek w zestawie obiadowym. Wystrój cepeliowo-wschodniosłowiański. Ok jest też restauracja Pilznera z dobrym, ale drogim piwem, fajnymi kiblami i czeską/czechosłowacką muzyką z różnych czeskich filmów lub przeróbki na czeski m. in. Maryli Rodowicz. Jak ktoś zna Wsiąść do pociągu... po czesku, kreskówki z Krtkiem albo Zwirka i Muchomorka to w kiblu nawet wzruszyć się można.  Wieczorem zawsze w Pilsnerze trzeba czekać na stolik, a w ich knajpie na Majakowkie obsługa czasem nawala. Dobre obiady, ale droższe są w SitiKafe na Majakowce. Ogromną wadą tego miejsca jest to, iż pomyśleli je tak nowocześnie, że do kotleta ciągle leci niestrawne techno, a zielona herbata jest w cenie małego obiadu gdzie indziej. Dużo rozrywkowych miejsc jest w okolicach Kitaj Gorodu. Mi do gustu przypadła Propaganda za dobre i niezbyt drogie jedzenie i niezobowiązującą atmosferę. Byłem w Kitajskim lotcziku Dżao-Da, ale niewiele pamiętam poza grą w "Would you?" z Danem. To typowo brytyjska gra polegająca na wskazywaniu osób płci przeciwnej i ustalaniu "czy miałbym ochotę" itp. Jak to stwierdziliśmy jest to czysto teorertyczne rozważanie po takim spożyciu. W knajpie weszliśmy w luźną rozmowę z Rosjaninem. Ustalaliśmy miejsce, gdzie chcielibyśmy mieszkać. Rosjanin wybrał Moskwę bo ma wujka deputowanego :-D Cudem wróciłem do domu, jak to Rosjanie mówią na awtopilotie, a metro już nie jeździło. Można by mnożyć te opisy. Miejsc jest wiele.

Przez ostatnie 2 miesiące często odwiedzałem budkę z alienskimi pirogami czyli plackami osetyńskimi na Strasnom Bulwarie. Ta miejscówka to część kanjpy "Biały Koń" na tyłach pomnika Wysockiego. Za 95 rubli można dostać osetyński placek z ziemniakami, mięsem, kaputą lub botwą (liśćmi buraka). Bardzo dobre, ręcznie robione. Rosyjska koleżanka pochodzenia osetyńskiego potwierdziła orginalność tego produktu. Placki sa wykonywane ręcznie. Najpierw wykonuje się kulkę z farszu, którą potem należy obłożyć warstwą ciasta tak, aby powstał mieszek. Potem sie to rozgniata i wkłada do pieca. Trochę inaczej się robi placki z mięsem z powodu konsystencji nadzienia.  Do tego piwo lub herbata. Spożycie w parku na Strasnom Bulwarie. Najlepsze są placki z botwoj i z mięsem.

czwartek, 28 czerwca 2007
Jarosławl

Jak obiecałem...byłem w Jarosławlii. Tym razem sam. Sam też sobie zaklepałem miejsce w Gostinicy kwartironowo tipa. Rankiem w sobotę na Jarosławlskij Wokzał. Niestety o bielty trudniej niż do Władimira. Nie było żadnych elektricziek i musiałem kupić miejsce w kupe czyli sypialny wagon w pociągu Moskwa Archangielsk aż 800 rubli! Mogłem się zdecydować na późniejszy pociąg, ale wtedy strata czasu.

Umowa z żeńszczinoj  z gostinicy taka, że pojawiam się o 18 (nie wcześniej) a opuszczam pomieszczenie o 10 rano, bo następni turyści przybywają. Brak ciepłej wody mnie nie zraził, bo lato i do tego kobiecina obniżyła cenę z 1200 do 1000 rubelków za pokój za noc. W innych hotelach miejsca już zarezerwowane lub inostrancom nie wynajmują (tak mi powiedzieli w przypadku najtańszych hoteli)!!! Po przyjeździe do Jarosławli miałem dużo czasu więc na piechotę rzuciłem się z dworca na stare miasto. Po drodze zgłodniałem i zdecydowałem sie na dobrze wyglądającą pizzerie. Miejsce pełne ludzi, niby trendy - głamurnoje, zakochane pary, koleżanki na deserze i miejscowe bandiuki. Pomimo krutoj obstanowki ceny o połowę niższe niż przeciętne w Moskwie :-) W czystej koedukacyjnej toalecie dwóch bandiukow spłoszyło sie mnie myjącego ręce. Chyba chcieli zarzucić jakieś nielegalne preparaty rozrywkowe.

Widok z Kremla 

Jarosławl to dość duże miasto. Czyste, spokojne. Większość budynków w centrum z XIX wieku więc wyglada tak mieszczańsko. Kreml jarosławskij to Spaso-Prieobrażenskij monastyr. Oblegany przez Polaków i Litwinów w 1612, ale nie zdobyty. Nic ciekawego. Białe ściany, zielone dachy. Kupiłem bilet na wstęp do Spaso-Prieobrażenskogo sobora z XVI wieku. Według mnie sobor Swiatogo Dmitrija i Uspienskij we Władimirie lepsze, bo z XI-XII wieku. Potem poszedłem do cerwkii Ilji Proroka w samym środku miasta. Wewnątrz chyba najładniejszy ołtarz prawosławny jaki widziałem. Potem do mojej kwartiry. Okazało się, że to dość daleko od centrum, na wysokości dworca. Byłem jedynym gościem w 3-pokojowym mieszkaniu w typowym sowieckim bloku z lat 50-tych. W każdym z pokoi 2-3 łóżka, tylko moje pościelone, telewizor, toaleta, kuchnia i łazienka. Kobieta tym zarządzająca okazała sie miła osobą i umówiłem się z nią, że jutro plecak zostawię u jej męża w mieszkaniu, żeby nie chodzić po mieście. Wieczorem przy kolacji pojawili się inni goście - małe karaluszki. Trochę się zdziwiłem ponieważ w Moskwie w mieszkaniu tego nie mam.

W niedzielę zaniosłem plecak do męża kobieciny a następnie poszwędałem się po mieście, o ile oglądania cerkwi już miałem dosyć. Na jakimś skrzyżowaniu zobaczyłem reklamę napoju alkoholowego o nazwie zbitień i się uparłem, ze muszę spróbować. w jednym sklepie nie było, ale diewuszka powiedziała mi, że to taki kwas chlebowy tylko z alkoholem. Po jakimś czasie znalazłem, kupiłem i udałem się na miejską plażę przy rzece Kotorośli. Tam spróbowałem! bardzo smaczne i orzeźwiające. Ma ok. 4% alkoholu, wytrąbiłem 1 litr i nie poczułem! Lepsze niż piwko!

Potem pochodziłem po wysokiej nabierieżnoj Wołgi. Tam, gdzie Kotorośl wpada do Wołgi jest ładny cypelek. o taki:

cypel

Następnie obiad w restauracji polecanej przez hotelową o nazwie Sownarpit (sowieckoje norodnoje pitanie?). Kelnerki w strojach pionierek z ZSRR z krasnymi gałstukami. Dania po ok 200 rubli (cena moskiewska), ale zawsze jakoś tak nierówno, żeby były kopiejski np. 197,45 RUB. Taka stylizacja na czasy kopiejkowe ;-) Na ścianach sowieckie plakaty propagandowe (komsomoły, pioniery, szcziastie, nawet coś o wyborach!). Na mnie zrobiły wrażenie oprawione plakaciki z wizerunkami wyskokowych trunków z ZSRR, różne wódeczki, balzamy, krupnikasy itp z opisem składników!! WOW! Do jedzenia wziąłem sudaka w sołsie rakowym i jakieś piwko z Tweru. Dostałem kawał ryby, gotowanego raka (!), świetny sos w naczynku i młode ziemniaczki z wody z koperkiem. Ekskluziw za cenę biznies lanczu. Tak się rozsłabiłem ze prawie się spóźniłem na pociąg. Plecak w biegu odebrałem prawie z windy od kobiety i pobiegłem na dworzec. Powrót lepszą elektriczką 4 godziny.

Wczoraj kupiłem oryginalny kumys z mleka kobylego made in riespublika Mari El. Hmmm oryginalny smak...wymiocin. Zagryzłem grzankami z serem sułunguni z gruzińskiej piekarni.

W piątek urządzam pożegnalną tusę. Mieszkanie małe i jak wszystkich zaprosić?

wtorek, 26 czerwca 2007
Moskwa ale już nie długo

Ostatni tydzień spędziłem organizując powrót. Dzieje się coraz więcej, a już niebawem powrót do Polski. Biegałem po bankach i kantorach wymiany. Na szczęście mam juz doświadczenie i specjalnie się nie spinam w sytuacjach stresowych związanymi z finansami. Ot wszystko da się załatwić. I się dało. O problemach mam nadzieję jeszcze napiszę, ale czasu coraz mniej.

Chodziłem sobie po Moskwie m. in. nawiedziłem jeden z moich ulubionych parków moskiewskich Carycyno. Mam do niego 1 stację. Park i zespół pałacowy jest ciągle w remoncie, ale i tak robi wrażenie. 

Pałac w remoncie

Mostek

Cerkiew

Odwiedziłem też Rimsko-katoliczieskij kafiedralnyj sobor tzw. polskij koscjoł na ul Małej Gruzińskiej. Z 2 lata temu kiedy byłem w Moskwie na trzytygodniowym wyjeździe mieszkałem bardzo blisko tego kościoła i 2 razy w tygodniu chodziłem na koncerty muzyki organowej. W zeszłym roku też odwiedzałem dość często to miejsce. Raz trafiłem na katolicką mszę po rosyjsku. Ksiądz był Polakiem i mówił ze znajomym akcentem :-) Wiernych niewielu, chyba więcej Rosjan turystów odwiedzających kościół jak egzotyczny budynek.

Kosciol

Przed jednym z koncertów organowych zmienili miejsce, gdzie można nabyć bilety. Zapytałem kościelnego, który sprawdzał bilety, gdie mogu kupit biliet? Na to on do mnie, że jestem Polakiem -  bardziej stwierdził niż zapytał. Po moim potwierdzeniu powiedział po polsku ze wschodnim akcentem "to widać, słychać i czuć" :-D

W większości bywają tam koncerty organowe, aleczasem także wokalne i skrzypkowe. raz trafiłem na koncert na instrumencie elektrycznym wymyślonym przez radzieckiego wynalzcę. Cos w rodzaju poręczy metalowej. Nie pamiętam nazwy. gra odbywa się poprzez zmianę parametrów elektrycznych układu rękami muzyka. Instrument ten zdobył popularność z USA w latach 30-tych i mam wrażenie, że był nadwyraz często wykorzystywany dla ścieżek dźwiękowych filmów science-fiction z lat 50-tych. Znajdę jeszcze jego nazwę.

W weekend byłem sam w Jarosłwlii. Fotki i przezycia jutro na blogu :-)

Mam już bilet powrotny tylko do Kijowa an 30 czerwca. Potem zobaczymy, ale nie oczekuję jakiś specjalnych kłopotów. W Kijowie spędzę 1-2 noce. Jadę z Anglikami i trochę się obawiam tusy (imprezy) na Ukrainie. No i nie trafię na koncert Red Hot Chili Peppers w Polsce :-(

sobota, 16 czerwca 2007
Władimir i Suzdal

8 czerwca kończyła sie konferencja dla regionów, a w biurze zbiorowy dzień urodzin więc po pracy w towarzystwie Szkota i Rosjan poszliśmy na piwko. Miło i przyjemnie. Wielu Rosjan lingwistów ma dobre wspomnienia i zdanie o Polakach i Polsce. Rosjanie musieli zdązyć na pociąg dlatego dalej ze Szkotem poszlismy sami do Rjumocznoj. On piwo ja wódka pod śledzika z ziemniaczkami. Dołączyło do nas wieksze towarzycho i już lekko niepewnym krokiem udaliśmy się do B2. Wjazd za 300 rubelków i późna godzina spowodowały że wybrałem metro. Niektórzy w B2 zabalowali tak, że niewiele wspólnych wspomnień im pozostało.

Sobota 9 czerwca była pracująca za poniedziałek, ale mało kto pracował :-) We wtorek był Dzień Rosji...tym razem nie Obrony Rosji. W sumie dawało to 3-dniowy weekend - idealny czas na wypad poza Moskwę. Udało mi się zebrać grupę hehe 2 osób wliczając mnie. Cel to Władimir i Suzdal. Miasta oddalone od siebie o ok 20 km, zaliczane do Zołotogo Kolca. Wybrałem sobie te miasta z rosyjskojęzycznego przewodnika po Moskwie, który kupiłem tuż po przyjeździe. W grupie był także Martin, cichy Anglik. Umówiliśmy się ok 7:20 rano na Kurskoj żeby pojechać z Kurskowo Wokzała, elektriczką do oddalonego chyba o ok 200km Władimira. To słynna trasa Moskwa - Pietuszki ,ale nikt nie pił w pociągu.

 Władimir w porównaniu z Moskwą to małe miasto. Martin wyczytał, że ma 300 tys. mieszkańców ale jedna miła pani w cerkwi powiedziała nam że juz pewnie z milion. Samo centrum historyczne z cerkwiami i Złotą Bramą z XI-XII wieku. Władimir swego czasu był stolicą Rusi przeniesioną z Kijowa. Potem centrum księstwa władimirsko-suzdalskiego a w XIIIw upadek po najeździe Mongołów. Trafiliśmy na święto miasta.

Parada 

Festyn, mnóstwo ludzi w centrum, picie piwa, koncerty, parady itp.

Złota Brama 

 Ceny niższe niż w Moskwie i to znacznie. Pirożki z jajcom i zielionom łukom ili kartoszkoj po 8 rubelków. Większość knajp to nie kafie ili riestorany jak w Moskwie tylko zakusocznyje albo blinnyje. Niektóre w stylu mordowni, ale ogólnie klimat OK taki lokalsowy.

Młodzież a bohater 

Pod wieczór widzieliśmy jak milicja zwijała podpitych młodzieńców którzy obili sobie twarze aż do krwi. Robili wrażenie śniętych, powolnych żuków. Na ulicach wieczorem było mnóstwo potłuczonych butelek i o dziwo nic mi sie nie stało a chodziłem w sandałach.

Afterparty

Noc w hotelu Orion za nomier 1700 rubli. Bardzo fajny.

Na następny dzień lokalnym autobusem za 33 rubli do Suzdala. W porównaniu z czymkolwiek Suzdal to ...wioseczka :-) podobno ma 13 tys mieszkańców. Już zapomniałem jak wygląda życie na prowincji. Przepiękne i spokojne. Prawdziwa Ruś z ludźmi o specyficznym akcencie, którego jeszcze nie słyszałem.

widok w centrum Suzdala

Żywiliśmy się większymi pirogami s jajiczkom po 35 rubelków sprzedawanymi na rogu głównego placu przez babuszku. To popijaliśmy suzdalską miodowuchą. Sprzedają ją wszędzie w różnych pojemnościach w plastykowych butelkach i różnego typu. Miodowuchy różnią się mocą (od 0 przez 5 po 8 %) oraz dodatkami. W smaku to coś jak kwas chlebowy z miodem.

rzeka Kamiejka

Wieczorem za radą naszej chozjajki udaliśmy się do restauracji Charczewnia na ulicy Lenina - głównej w Suzdalu. Jedzonko ok, wszystko lokalne jakaś zupa, a na drugie ryba po russkij zapieczona w garnuszku z ziemniaczkami. Wódeczkę pani restauratorka poradziła wziąć z sąsiedniego sklepu i wydała dwie stopki - kieliszki. Dalej poszlismy dalej ul. Lenina bo na schemacie wypatrzyliśmy ciekawe obiekty. Tak doszliśmy wieczorem do monastyru Spaso - Jewfimijew z przepięknym widokiem z brzegu Kamiejki.

brzeg Kamiejki

Wróciliśmy ok 1 w nocy i ciężko było dobudzić Zinajdę Anatoliewną, aby nas wpuściła do domu. Nocleg w czystym domu u tej kobieciny to 1750 rubli za każdego - do dyspozycji każdy z nas miał oddzielny ogromny pokój. To chyba dość dużo jak na lokalne warunki ale co tam!

Rano świetne śniadanko - jajo sadzone ze szczypiorkiem, ogórki, majonez, herbata. Z rańca kupiliśmy bilety na autobus prosto do Moskwy, aby uniknąć przesiadki we Władimirze i zgodnie z radami jednego Anglika autobus lepszy niż elektriczka. Postanowiliśmy zobaczyć monastyr Spaso-Jewfimijewskij. Bardzo ok. Wewnątrz poza muzeami także koncert na dzwonach dzwonnicy monastyrskiej, w cerkwi próbka prawosławnej muzyki sakralnej i grób kniazia Pożarskiego, który wygonił Polaków z Moskwy w 1612 :-) Potem w dół przez rzekę Pokrowskij monastyr i na około do suzdalskiego Kremla.

Kreml w Suzdalu

Znowu obiad w Charczewni. Tym razem wziąłem uchę z kawałem ryby i świninę - w stylu schaboszczaka. Potem każdy zrobił zakupy i szybko po plecaki i na dworzec autobusowy.

 Dworzec autobusowy w Suzdalu to totalne nieporozumienie. Lekko sypiąca się betonowa stodoła z lat 70-tych z elementami kosmicznymi w stylu walących się daszków nad stanowiskami dla autobusów i betonowej kolumny(?) na zegar. Autobusem wracaliśmy do Moskwy 6 godzin!!! Tragedia!!! Należy pamiętać że w święta ludzie z Moskwy uciekają na dacze i całe trasy sa zablokowane. Z pociągiem nie ma tych problemów. Wieczorem w metrze ludzie wracali z imprez na Dzień Rosji ze wstążeczkami w barwach państwowych.

W ten weekend miał być Jarosławl, ale musiałem zająć się bankiem. Coraz mniej czasu do powrotu!!! Już mam bilet powrotny przez Kijów na koniec miesiąca!!!!

 
1 , 2 , 3